Rękawiczki z ogrzewaniem na zimę Bertschat– dla kogo to dobry wybór?

Rękawiczki z ogrzewaniem na zimę Bertschat– dla kogo to dobry wybór?



Mam taki mały zimowy problem. Zimą zawsze bardzo szybko moje dłonie zaczynają marznąć. Po kilkudziesięciu minutach na mrozie przestaję czuć palce i wtedy zaczynam się zastanawiać, jakie kupić rękawiczki, by tak się nie działo.

Jeśli znacie ten scenariusz z własnego doświadczenia, rękawiczki z ogrzewaniem mogą być ciekawym rozwiązaniem naszego wspólnego problemu. Bo są osoby, którym zwykłe rękawiczki po prostu nie wystarczają. I wcale nie chodzi o to, że wybierają złą grubość czy materiał. Niektóre dłonie po prostu wyjątkowo nie lubią zimna.


Rękawiczki z ogrzewaniem Bertschat – dla kogo?


Najprostsza odpowiedź brzmi: dla każdego, kto zimą regularnie czuje się zmarznięty. Bo to rozwiązanie idealne dla typowych zmarzluchów. Jeśli już przy temperaturze kilku stopni powyżej zera wyciągacie z szafy gruby sweter, a rękawiczki nosicie od listopada do marca – prawdopodobnie wiecie, o czym mówię...

Klasyczne rękawiczki zatrzymują ciepło, które wytwarza nasze ciało. Rękawiczki ogrzewane działają trochę inaczej – mają wbudowane elementy grzewcze, które aktywnie dostarczają ciepło. W przypadku damskich skórzanych rękawiczek BERTSCHAT® zastosowano technologię Dual Heating. Oznacza to, że ogrzewana jest zarówno zewnętrzna część dłoni, jak i jej wewnętrzna strona. Ciepło rozchodzi się więc bardziej równomiernie, od nadgarstka w kierunku palców. I właśnie ta różnica może być bardzo przyjemna, kiedy zwykłe rękawiczki nie wystarczają.


Dla osób, które nie chcą wyglądać jak Eskimos 


To chyba jedna z rzeczy, które podobają mi się najbardziej. Bo umówmy się – kiedy myślę o rękawiczkach z ogrzewaniem, pierwsze skojarzenie nie brzmi „elegancki dodatek do płaszcza”. Bardziej: sport, śnieg, narty.

Tymczasem damskie skórzane rękawiczki BERTSCHAT® mają klasyczny, kobiecy fason i zostały wykonane z miękkiej skóry owczej. Technologia grzewcza została więc połączona z wyglądem bardziej przypominającym eleganckie zimowe rękawiczki niż techniczny sprzęt outdoorowy. Można je więc bez obaw założyć do wełnianego płaszcza, kurtki czy miejskiego outfitu.




Dla osób, które długo przebywają na dworze


Spacery z psem, długa droga do pracy, czy nawet zwykłe stanie na przystanku, kiedy autobus oczywiście postanowił przyjechać dokładnie wtedy, kiedy zaczynamy czuć palce. Jeżeli zimą spędzacie dużo czasu na zewnątrz, dodatkowe źródło ciepła może po prostu w znacznym stopniu poprawić komfort.

W zależności od wybranego akumulatora rękawiczki BERTSCHAT® mogą zapewniać od kilku do nawet 11 godzin ogrzewania. Czas ich działania zależy m.in. od ustawionej temperatury i warunków.


Jazda zimą na motorze


Tu temat robi się jeszcze ciekawszy. Bo jeśli zwykłe marznięcie dłoni podczas spaceru potrafi być irytujące, to wystarczy wyobrazić sobie tę samą sytuację jadąc na motocyklu. Temperatura, wiatr i prędkość robią swoje – dłonie są nieustannie wystawione na działanie ziemnego powietrza, a zmarznięte palce to niebezpieczna sytuacja. Podczas jazdy sprawne czucie dłoni i pewny chwyt kierownicy są bardzo ważne. Dlatego też powstały rękawice grzewcze motocyklowe. I tutaj nie chodzi już tylko o to, żeby było miło i ciepło. Dobrze dobrane rękawice grzewcze pomagają ograniczyć problem sztywnych, zmarzniętych palców podczas jazdy, szczególnie w chłodniejszych miesiącach, podczas dojazdów do pracy czy dłuższych tras. BERTSCHAT® ma w swojej ofercie osobną linię Heated Motorcycle Gloves – Dual Heating, stworzoną właśnie z myślą o motocyklistach.




Rękawice grzewcze czy podgrzewane manetki?


Podgrzewane manetki ogrzewają przede wszystkim wewnętrzną stronę dłoni. Rękawice grzewcze mogą natomiast dostarczać ciepło również od góry i w okolice palców, czyli tam, gdzie podczas jazdy mocno odczuwamy działanie zimnego powietrza. Właśnie dlatego oba rozwiązania mogą się dobrze uzupełniać podczas naprawdę chłodnych przejażdżek. 


Co daje technologia Dual Heating?


W zwykłych rękawiczkach chodzi głównie o to, żeby nie wypuszczały ciepła. W rękawiczkach z ogrzewaniem jest dodatkowo źródło ciepła. A w modelu BERTSCHAT® Dual Heating elementy grzewcze znajdują się po obu stronach dłoni.


Czy rękawiczki z ogrzewaniem są wygodne na co dzień?


Jeżeli rękawiczki są ciężkie, sztywne i wyglądają jak sprzęt narciarski, raczej nie będziemy chcieli nosić ich codziennie. Niektóre modele jednak wykonano z miękkiej skóry owczej w modnym kroju. Są one też wyposażone w funkcję obsługi ekranów dotykowych, więc nie trzeba za każdym razem ich zdejmować, żeby odebrać telefon. I to jest naprawdę praktyczne rozwiązanie.




A co z ładowaniem?


Akumulatory są ładowane przez USB-C, a producent oferuje kilka wariantów baterii.




Podsumowanie 


Gdybym miała podsumować, komu szczególnie przypadną do gustu rękawiczki z ogrzewaniem, powiedziałabym: osobom, które lubią zimę, ale niekoniecznie ujemne temperatury. Doceni je każdy, kto lubi mieć komfort podczas dłuższych spacerów, czy jazdy na motorze lub nartach. Jest to większy wydatek (porównując ze zwykłymi rękawicami), ale myślę, że dla niektórych może się okazać niezbędny. 

Rękawiczki z ogrzewaniem nie sprawią, że zima nagle stanie się cieplejsza, ale mogą sprawić, że będzie po prostu przyjemniejsza i łatwiejsza do przetrwania. A dla typowego zmarzlucha to już całkiem sporo.

Pozdrawiam 😊 


(Współpraca reklamowa)


MOVA M50 – bo sprzątanie ma zająć kilka chwil, a nie pół dnia

MOVA M50 – bo sprzątanie ma zająć kilka chwil, a nie pół dnia

 


Nie będę udawać, że sprzątanie jest moim hobby. Jestem mamą i żoną, więc doskonale wiem, jak szybko świeżo posprzątana podłoga potrafi znowu pokryć się okruszkami, włosami czy śladami po butach. Właśnie dlatego od sprzętu sprzątającego oczekuję przede wszystkim jednego: ma mi pomagać, a nie dokładać kolejnych obowiązków.

Lubię mieć czysto, ale jeszcze bardziej lubię zrobić porządek sprawnie i wrócić do swoich zajęć. Bez wyciągania kilku urządzeń, bez biegania po domu z mopem i odkurzaczem, bez mozolnego czyszczenia sprzętu po każdym użyciu.

Dlatego MOVA M50 od początku zainteresowała mnie jako urządzenie, które łączy odkurzanie i mycie. Po bliższym poznaniu okazało się, że ma też kilka rozwiązań, które szczególnie dobrze wpisują się w mój sposób sprzątania.


Jedno urządzenie zamiast całego zestawu


Największą różnicę zauważam wtedy, kiedy na podłodze pojawia się kilka różnych rodzajów zabrudzeń.

Okruszki po śniadaniu, trochę rozsypanej kawy, rozlane mleko, czy piasek przyniesiony do domu z podwórka. To już klasyka. W takiej sytuacji nie mam ochoty najpierw odkurzać, później napełniać wiadra wodą, a następnie brać mopa. MOVA M50 pozwala mi podejść do problemu kompleksowo – urządzenie jest przeznaczone do sprzątania zarówno suchych, jak i mokrych zabrudzeń. I właśnie za tę uniwersalność najbardziej je polubiłam.



Moc, która robi wrażenie 


MOVA M50 oferuje siłę ssania na poziomie 22 000 Pa. Podczas użytkowania sprawdzałam to między innymi z kawą mieloną, płatkami owsianymi, piaskiem, papierowymi skrawkami oraz włosami. Przy takich codziennych zabrudzeniach liczy się dla mnie przede wszystkim skuteczność za pierwszym przejazdem. Nie chcę jeździć dziesięć razy po tym samym miejscu. Muszę przyznać, że urządzenie mnie nie zawiodło. Sprawdziło się świetnie. Dużą ciekawostką jest również fakt, że moc ssania nie spada przy rozłożeniu urządzenia do pozycji całkowicie płaskiej. I właśnie ta możliwość okazała się znacznie bardziej praktyczna, niż początkowo zakładałam.


Wygodne sprzątanie pod stołem i kanapą 



Przestrzeń pod łóżkiem czy niską komodą zwykle nie jest moim ulubionym miejscem do sprzątania. Trzeba się schylać, kombinować z kątem ustawienia odkurzacza, a czasami po prostu odpuszcza się dokładne dotarcie do najdalszych zakamarków. MOVA M50 można rozłożyć aż do 180°. Oznacza to, że urządzenie wjeżdża pod niskie meble znacznie głębiej i myje tam, gdzie normalnie musiałabym sięgać z dużym wysiłkiem. Dla mnie to jedna z fajniejszych cech całego urządzenia.


Kurz i brud przy listwach


Zawsze zwracam uwagę na to, co zostaje przy samej ścianie. Nie ma nic bardziej irytującego niż idealnie odkurzona podłoga i pasek zabrudzeń pozostawiony wzdłuż listwy. MOVA M50 wykorzystuje technologię Dual-Edge Cleaning, która została zaprojektowana właśnie z myślą o sprzątaniu przy krawędziach.

Dzięki temu mogę prowadzić urządzenie blisko listew i mebli, zamiast później poprawiać wszystko ręcznie. Niby detal, ale właśnie takie drobiazgi decydują o tym, czy podłoga jest naprawdę porządnie wyczyszczona.




Włosy? To nie problem 


Każdy, kto ma długie włosy (jak ja) albo zwierzęta, zna ten problem. Wałek zwykle się owija włosami i na koniec sprzątania trzeba jeszcze zabrać się za jego ręczne czyszczenie. W MOVA M50 zastosowano High-Density Comb-Tooth Scraper – gęsty grzebień zgarniający, który pomaga usuwać włosy i sierść oraz ograniczać ich owijanie się wokół wałka. Dzięki temu nie trzeba nic czyścić samemu, a na wałku nie zalegają włosy.




Niska waga, która naprawdę ma znaczenie


Nie ukrywam, że do ciężkich urządzeń szybko tracę cierpliwość. Jeżeli mam sprzątać całe mieszkanie, przekładać odkurzacz między pomieszczeniami, to wolę, jak sprzęt waży mniej. MOVA M50 jest lekki w prowadzeniu (ok. 610 g). W połączeniu z głowicą, która pozwala na skręt do 90° pozwala na dużą swobodę ruchów. Nie trzeba się więc zbytnio wysilać przy porządkach.


A co z rozlanym napojem?



Przy suchym zabrudzeniu sprawa jest prosta. Ale gdy na podłogę wyleje się kawa, sok czy napój, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. MOVA M50 pozwala od razu zebrać takie zabrudzenie. Sprawdzałam również trudniejsze warianty, między innymi rozbite jajko. Efekt był super. Oczywiście stosuję środek zalecany do mycia podłóg marki Mova, co pomaga szczotce jeszcze lepiej radzić sobie z zabrudzeniami. Wlewam go tam gdzie wodę, około 10 ml na zbiornik.



Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że nie muszę zastanawiać się, czy najpierw użyć ręcznika papierowego, czy mopa. Biorę jedno urządzenie i działam.


Ciekawy pomysł ze zbiornikiem


Podczas użytkowania zwróciłam też uwagę na system separacji odpadów stałych i płynnych. Urządzenie rozdziela te frakcje, dzięki czemu późniejsze opróżnianie jest wygodniejsze i bardziej higieniczne. Przy sprzęcie, który zbiera zarówno kurz i piasek, jak i mokre zabrudzenia, takie rozwiązanie ma sporo sensu.




Gorąca woda i automatyczne czyszczenie


Po zakończeniu pracy MOVA M50 może przeprowadzić proces samooczyszczania szczotki przy użyciu gorącej wody. Dla mnie to prawdziwy luksus i wygoda, a szczotka jest zawsze czusciutka jak nowa😊 


Czy bateria daje radę?


Producent deklaruje do 46 minut pracy na jednym ładowaniu. W przypadku mojego regularnego sprzątania jest to bardzo wygodny zapas. Nie należę do osób, które wykonują generalne porządki raz na tydzień. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi krótkie, regularne sprzątanie. Robię to codziennie. Poświęcam kilkadziesiąt minut rano i dom wygląda czysto i schludnie.




Podsumowanie 


MOVA M50 to idealne rozwiązanie dla osób, które szukają jednego, wszechstronnego urządzenia do codziennego ogarniania twardych podłóg. Sama bardzo polubiłam go za to, że codzienne porządki stały się jeszcze łatwiejsze i szybsze. Taki sprzęt powinien mieć każdy rodzic lub opiekun psa/kota 😊 Jak tylko go wypróbujecie, napewno nie wrócicie już do zwykłego mopa. 


Pozdrawiam.


(Współpraca reklamowa)

Dermedic Sunbrella – mój letni ratunek dla skóry po opalaniu

Dermedic Sunbrella – mój letni ratunek dla skóry po opalaniu

 



Kochani!


Lato najbardziej uwielbiam za słońce, ciepło i ten charakterystyczny wakacyjny klimat, jednakże moja skóra po dłuższej ekspozycji na promienie słoneczne zdecydowanie potrzebuje dodatkowej troski. Dlatego przez ostatnie tygodnie z przyjemnością sięgałam po Dermedic Sunbrella, chłodzący balsam po opalaniu, który znalazłam w najnowszym pudełku Pure Beauty. I muszę przyznać, że szybko stał się on jednym z tych kosmetyków, o których przypominam sobie nie tylko wtedy, gdy skóra domaga się pomocy, ale po prostu wtedy, gdy chcę zapewnić jej trochę więcej komfortu.


Ukojenie i nawilżenie po opalaniu


Po słonecznym dniu najbardziej doceniam kosmetyki, które szybko przynoszą ulgę. Nakładam je na oczyszczoną skórę i już po chwili czuję przyjemne ukojenie. Dermedic Sunbrella ma lekką konsystencję, dobrze rozprowadza się na ciele i sprawnie się wchłania. To dla mnie duży plus, szczególnie latem, kiedy nie mam ochoty czekać, aż kosmetyk przestanie być wyczuwalny na skórze.

Najbardziej podoba mi się w nim efekt chłodzenia. Po całym dniu spędzonym na gorącym słońcu jest dokładnie tym, czego potrzebuję. Balsam przynosi skórze przyjemne uczucie ulgi, a jednocześnie pozostawia ją miękką i wygładzoną.


Co znalazło się w składzie?


W formule balsamu znajdziemy między innymi alantoinę, masło shea, mocznik, witaminy oraz wodę termalną. To zestaw składników, który świetnie wpisuje się w potrzeby skóry suchej, wrażliwej i odwodnionej, szczególnie po ekspozycji na słońce.

Dla mnie ważne jest przede wszystkim to, jak kosmetyk sprawdza się w codziennym użytkowaniu. Przy jego regularnym stosowaniu skóra jest miękka, delikatna i wygląda na bardziej zadbaną. Balsam pomaga również utrzymać jej odpowiedni poziom nawilżenia, co latem ma dla mnie duże znaczenie.




Balsam po opalaniu, do regularnego stosowania 


Tego balsamu nie traktuję wyłącznie jako kosmetyku „na specjalne okazje”. Sięgam po niego po opalaniu, dłuższym spacerze czy dniu spędzonym na świeżym powietrzu. Właśnie ta uniwersalność sprawiła, że przez większość lata regularnie pojawia się on w mojej pielęgnacji. Doceniam również to, że balsam Dermedic Sunbrella nie zostawia na skórze nieprzyjemnej, ciężkiej warstwy i nie brudzi ubrań. 

Jeśli macie skórę, która po kontakcie ze słońcem staje się sucha, napięta albo bardziej szorstka, taki kosmetyk naprawdę warto mieć pod ręką. Oczywiście balsam po opalaniu nie zastępuje ochrony przeciwsłonecznej — jest raczej kolejnym krokiem pielęgnacji, kiedy skóra potrzebuje regeneracji i ukojenia po ekspozycji na słońce.


Moja opinia


Czy warto dać mu szansę? Według mnie tak. Początkowo był to dla mnie po prostu kosmetyk z ostatniego pudełka Pure Beauty, a ostatecznie stał się jednym z moich letnich ulubieńców. Najbardziej przekonało mnie połączenie chłodzenia, nawilżenia i komfortu po opalaniu. 

Lubię kosmetyki, które robią to, czego od nich oczekuję. Dermedic Sunbrella właśnie taki jest. 


Jeśli właśnie szukacie porządnego balsamu po opalaniu do skóry suchej, wrażliwej lub odwodnionej, warto zwrócić na niego uwagę. 


(Współpraca reklamowa)

Co spakować dziecku do szkoły? Powstał bezpłatny przewodnik dla rodziców

Co spakować dziecku do szkoły? Powstał bezpłatny przewodnik dla rodziców




INFORMACJA PRASOWA 

sierpień 2026


Marka Kite przygotowała bezpłatny przewodnik „10 gotowych pomysłów na drugie śniadanie do szkoły”, który ma pomóc rodzicom w codziennym planowaniu szkolnych lunchboxów. Materiał, powstały we współpracy z Agnieszką Medralą – mamą i twórczynią internetową dzielącą się pomysłami na dziecięce posiłki – zawiera 10 gotowych propozycji na lunch, praktyczne wskazówki dotyczące komponowania posiłków oraz proste przepisy. Przewodnik jest dostępny bezpłatnie na stronie internetowej marki.

Przygotowania do nowego roku szkolnego to nie tylko wybór plecaka i szkolnych przyborów. Dla wielu rodziców równie dużym wyzwaniem jest codzienne planowanie drugiego śniadania dla dziecka. Z myślą o tej grupie odbiorców marka Kite stworzyła darmowy przewodnik, który ma ułatwić komponowanie zdrowych i różnorodnych posiłków bez konieczności spędzania długich godzin w kuchni.

Przewodnik zawiera 10 gotowych propozycji na lunch, praktyczne wskazówki dotyczące komponowania posiłków oraz proste przepisy, które można wykorzystać podczas przygotowywania szkolnych śniadaniówek.

„Chcieliśmy stworzyć materiał, który będzie realnym wsparciem dla rodziców. Codzienne przygotowywanie drugiego śniadania nie musi oznaczać długich godzin w kuchni. Czasami wystarczy kilka sprawdzonych pomysłów i dobra organizacja”

— Olena Murza, Marketing Manager marki Kite Polska


Choć marka Kite jest przede wszystkim znana z ergonomicznych plecaków szkolnych, od lat rozwija również kategorię produktów wspierających codzienne funkcjonowanie uczniów – lunchboxy, bidony, termosy oraz torby śniadaniowe.

„Widzimy, że rodzice coraz częściej zwracają uwagę nie tylko na wyposażenie szkolne, ale także na codzienne nawyki swoich dzieci. Dlatego postanowiliśmy połączyć temat organizacji szkolnego dnia z praktycznymi inspiracjami dotyczącymi posiłków”

— przedstawicielka marki Kite


Przewodnik jest dostępny bezpłatnie na stronie internetowej Kite i może stanowić pomoc dla rodziców poszukujących inspiracji na szybkie, różnorodne i wygodne lunche dla dzieci w wieku szkolnym.

Więcej informacji i pobranie przewodnika: mykite.eu/pages/zdrowe-sniadanie-do-szkoly


____________________


O marce Kite


Kite to marka plecaków i akcesoriów szkolnych, obecna na międzynarodowym rynku artykułów papierniczych od 2007 roku. W swojej ofercie, oprócz plecaków przedszkolnych, szkolnych i młodzieżowych, marka posiada również lunchboxy, bidony, termosy i torby śniadaniowe. Plecaki Kite wyposażone są w opatentowane systemy ortopedyczne (m.in. Ergo Kids, Ergo Teens, Air Comfort, Comfort Fit oraz AGS), a ich modele szkolne zostały przebadane przez Niemiecki Instytut Zdrowia i Ergonomii (IGR) i otrzymały tytuł Produktu Ergonomicznego. Więcej informacji: mykite.eu.



Kontakt dla mediów

Olena Murza

Marketing Manager, Kite Polska

E-mail: o.murza@axentgroup.pl

Strona i

nternetowa: mykite.eu

Czym Mudita Harmony 2 różni się od zwykłego budzika? Sprawdzam, co potrafi nietypowy budzik

Czym Mudita Harmony 2 różni się od zwykłego budzika? Sprawdzam, co potrafi nietypowy budzik

 



Zwykły budzik ma jedno zadanie: obudzić mnie o określonej godzinie. Koniec. Nie wymagam od niego aplikacji, powiadomień, kolorowego ekranu ani połączenia z mediami społecznościowymi. Ma zadzwonić rano i najlepiej nie doprowadzić mnie przy tym do szału 🤣

Dlatego Mudita Harmony 2 od początku wydał mi się dość nietypowym urządzeniem. To nadal budzik, ale producent wyraźnie próbuje podejść do tematu szerzej. Zamiast skupiać się wyłącznie na porannym alarmie, Harmony 2 ma pomagać również w wieczornym wyciszeniu, relaksacji i ograniczeniu korzystania ze smartfona. 

I właśnie to zainteresowało mnie najbardziej... Bo pytanie nie brzmi już tylko: „czy Mudita Harmony 2 dobrze budzi o poranku?”. Bardziej interesuje mnie, czym właściwie różni się od zwykłego budzika i czy wszystkie te dodatkowe funkcje mają sens.


Mudita Harmony 2 kontra zwykły budzik


Na pierwszy rzut oka różnica jest prosta. Zwykły budzik pokazuje godzinę i uruchamia alarm. Harmony 2 jest czymś bardziej zaawansowanym. Mamy tutaj między innymi ekran E Ink, 17 dźwięków budzenia, dźwięki relaksacyjne, przypomnienie o porze snu, timer medytacji, Focus Timer, Power Nap oraz możliwość dodawania własnych plików audio. Lista jest więc całkiem długa jak na BUDZIK.



Tylko czy naprawdę potrzebuję tego wszystkiego przy łóżku? Z początku uważałam, że niekoniecznie. I właśnie dlatego nie traktuję urządzenia Mudita Harmony 2 jako produktu dla każdego.

Jak pewnie większość ludzi, dotychczas używałam do budzenia swojego smartfona. Smartfon może być świetnym budzikiem. Problem zaczyna się wtedy, gdy po wyłączeniu alarmu zamiast wstać, zaczynam sprawdzać wiadomości, pocztę, Instagram czy inne aplikacje. Znam ten mechanizm aż za dobrze: sięgam po telefon tylko po to, żeby wyłączyć alarm, a kilka minut później oglądam tiktoki. Marnuję mnóstwo czasu na niepotrzebne rzeczy, a czas upływa... Z kolei Mudita Harmony 2 tego nie oferuje. I bardzo dobrze.

Nie ma w nim mediów społecznościowych, wiadomości ani powiadomień. I to właśnie ta prostota jest jednym z ciekawszych argumentów przemawiających za osobnym budzikiem.


Ekran E Ink zamiast świecącego wyświetlacza



Elementem, który odróżnia Harmony 2 od wielu klasycznych budzików, jest ekran E Ink.

Technologię tę znam głównie z czytników e-booków. Zastosowanie jej w budziku wydaje mi się całkiem logiczne. Ekran ma być czytelny, ale jednocześnie nie przypominać kolejnego smartfona leżącego na szafce nocnej. W normalnym oświetleniu informacje powinny być łatwe do odczytania, a w razie potrzeby ekran można podświetlić. W nocy natomiast nie świeci jak lampka nocna, a to też bardzo istotne. 


17 dźwięków budzenia zamiast drażniącego alarmu


Nie wiem, kto kiedyś uznał, że najlepszym sposobem na rozpoczęcie dnia jest przeraźliwe „PI-PI”, ale zdecydowanie nie jestem jego fanką. Harmony 2 oferuje 17 dźwięków budzenia, w tym melodie i odgłosy natury. Można też dodać własne pliki audio.

To właśnie jedna z tych funkcji, które brzmią niepozornie, ale mogą realnie poprawić cały poranek. Niby bzdura, a jaka ważna 😊 


Harmony 2 zaczyna działać jeszcze przed snem


Zwykły budzik interesuje się głównie tym, kiedy mam wstać. Mudita Harmony 2 chce również przypominać mi, kiedy powinnam zacząć się przygotowywać do snu. Funkcja Pora Snu pozwala ustawić harmonogram i otrzymywać przypomnienie o rozpoczęciu wieczornej rutyny. Z czasem może to się stać naszym zdrowym nawykiem. 


Relaksacja, medytacja i dźwięki natury




To wszystko to funkcje, których zdecydowanie nie znajdziemy w najprostszym budziku. Harmony 2 ma tryb Relaksacja z dźwiękami natury, muzyką i spokojnymi nagraniami. Jest też timer do medytacji.

Nie traktuję tego jako jakiegoś magicznego sposobu na problemy ze snem. Widzę w nich raczej pomoc w stworzeniu konkretnego, wieczornego rytuału.

Jeśli każdego wieczoru o podobnej porze odkładam telefon, włączam spokojne dźwięki i zaczynam się wyciszać, po pewnym czasie wpadam w rutynę. A dzięki temu też lepiej się wysypiam, co ma pozytywny wpływ na moje samopoczucie. Szczególnie przy dwójce małych rozrabiaków w domu... I właśnie w takim zastosowaniu widzę największy sens tych funkcji. 


Możliwość wgrania własnych melodii


Za pomocą Mudita Center można dodać do urządzenia własne pliki dźwiękowe i wykorzystać je zarówno jako alarm, jak i dźwięki relaksacyjne. Jeśli mam ulubioną melodię, która dobrze kojarzy mi się z odpoczynkiem, mogę wykorzystać ją po swojemu.


Harmony to nie jest zwykły budzik


Im dłużej przyglądam się funkcjom Harmony 2, tym bardziej dochodzę do wniosku, że określenie „budzik” jest odrobinę mylące. Mamy w nim również Focus Timer, czyli funkcję przydatną podczas pracy w skupieniu, timer medytacji czy Power Nap do krótkiej drzemki. Sama jeszcze z nich nie korzystałam, ale być może przyda mi się to w przyszłości.

Myślę jednak, że w tym wszystkim chodzi o to, żeby jedno proste urządzenie mogło zastąpić kilka drobnych funkcji, do których normalnie sięgam po smartfon. Żeby ograniczyć jego użycie, odpocząć, zająć się czymś bardziej pożytecznym...



Do 45 dni pracy na pełnej baterii


Jest jeszcze jedna rzecz, której oczekuję od budzika: nie chcę o nim pamiętać. Ma stać na szafce nocnej i działać. Według deklaracji producenta bateria o pojemności 2600 mAh pozwala na nawet 45 dni pracy na jednym ładowaniu, choć rzeczywisty czas będzie oczywiście zależał od sposobu korzystania z urządzenia. 


Drobny mankament? Cena


I tutaj dochodzę do punktu, którego nie da się pominąć. 699 zł za budzik to całkiem sporo. A raczej bardzo sporo, jeśli patrzymy na niego jak na zwykły budzik. Jeżeli potrzebujecie tylko alarmu, trudno uzasadnić taki wydatek. Jeśli jednak chcecie ograniczyć obecność telefonu w sypialni i jednocześnie mieć przy łóżku urządzenie wspierające wieczorną rutynę, sytuacja wygląda już inaczej. Wtedy Mudita Harmony 2 naprawdę ma sens. Jest ciekawym gadżetem, wprawdzie nie dla każdego, ale myślę, że dla wielu byłby idealny.

Jeżeli więc szukacie sposobu na trochę mniej smartfona w codzienności, ale mimo wszystko lubicie technologię, powinniście się nim zainteresować. 


PS: Mam dla Was zniżkę 15% zniżki do sklepu mudita.com.

Wystarczy, że składając zamówienie użyjecie kodu: BLOGTESTERSKI15


Pozdrawiam 😊 


(Współpraca reklamowa)

Jacques Battini Glam Stardust – mgiełka do ciała, która rozświetliła moją codzienną pielęgnację

Jacques Battini Glam Stardust – mgiełka do ciała, która rozświetliła moją codzienną pielęgnację

 


Witajcie! 


Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię odkrywać kosmetyki, które nie tylko pięknie pachną, ale również sprawiają, że codzienna pielęgnacja staje się przyjemniejsza. Tym razem do mojej kosmetyczki trafiła Jacques Battini Glam Stardust – rozświetlająca mgiełka do ciała. Już po kilku użyciach wiedziałam, że będzie to jeden z tych produktów, po które będę sięgać regularnie, zwłaszcza w cieplejsze dni. Znalazłam ją w ostatnim box'ie Pure Beauty i przepadałam od pierwszego użycia 😊


Pierwsze wrażenia


Już podczas pierwszej aplikacji zwróciłam uwagę na piękny zapach i lekką formułę. Mgiełka równomiernie rozprowadza się na skórze, szybko wysycha i nie pozostawia lepkiej warstwy. To dla mnie ogromny plus, ponieważ nie przepadam za kosmetykami, które długo się wchłaniają. 

Największe wrażenie zrobił na mnie jednak subtelny efekt rozświetlenia. Drobinki delikatnie odbijają światło, dzięki czemu skóra wygląda zdrowo, promiennie i świeżo. Nie jest to mocny, brokatowy efekt – raczej elegancki, delikatny połysk. Uwielbiam go na swojej skórze.


Jak pachnie Jacques Battini Glam Stardust?


Zapach tej mgiełki od razu przypadł mi do gustu. Początkowo wyczuwam soczyste nuty rabarbaru i truskawki, które dodają kompozycji świeżości. Po chwili pojawiają się delikatne akordy jaśminu i pelargonii, a całość dopełniają ciepłe nuty piżma, malin oraz słodkiego toffee. To połączenie sprawia, że zapach jest kobiecy, zmysłowy i przyjemnie otulający, ale jednocześnie nie przytłacza. Dzięki temu mogę używać mgiełki zarówno rano, jak i w ciągu dnia, kiedy mam ochotę szybko się odświeżyć.




Dlaczego polubiłam rozświetlającą mgiełkę do ciała?


W kosmetykach najbardziej cenię sobie ich praktyczność i komfort użytkowania. W przypadku Jacques Battini Glam Stardust znalazłam kilka cech, które szczególnie mi się spodobały:

- lekka, przyjemna formuła,

- efekt rozświetlenia skóry,

- piękny, owocowo-kwiatowy zapach,

- szybka aplikacja i komfort noszenia,

- wygodne opakowanie o pojemności 150 ml.


Czy warto zdecydować się na Jacques Battini Glam Stardust?


Moim zdaniem zdecydowanie tak. Jeżeli szukacie produktu, który łączy funkcję odświeżającej mgiełki do ciała z delikatnym efektem rozświetlenia, to idealnie trafiłyście. Mgiełka Jacques Battini to kosmetyk, który nie dominuje zapachem, a jednocześnie dodaje skórze pięknego blasku.

Ja sięgam po niego praktycznie codziennie i jestem bardzo zadowolona. Doceniam jego właściwości szczególnie teraz - latem, kiedy chcę podkreślić swój naturalny wygląd skóry. Poza tym uwielbiam takie lekkie, świeże kosmetyki.

 Jeśli Wy również cenicie subtelne rozświetlenie oraz owocowo-kwiatowe kompozycje zapachowe, myślę, że Jacques Battini Glam Stardust może okazać się bardzo udanym wyborem.

 

Pozdrawiam 😊 ♥️ 


(Współpraca reklamowa)

Dlaczego w moim domu są dwie czujki, a nie jedna? -  Stawiam na kompleksową ochronę

Dlaczego w moim domu są dwie czujki, a nie jedna? - Stawiam na kompleksową ochronę

 


Witajcie Kochani.


Bezpieczeństwo mojego domu od zawsze było dla mnie niezwykle ważne. Staram się dbać o zdrową dietę, wybieram sprawdzone kosmetyki, zwracam uwagę na jakość powietrza, którym oddycham. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie jednak, że równie ważna jest ochrona przed zagrożeniami, których nie widać ani nie czuć. Dlatego zdecydowałam się na zestaw Dual Pack marki Kidde, czyli czujkę dymu oraz czujnik czadu. Dziś nie wyobrażam sobie domu bez tego duetu.


Kompleksowa ochrona domu zaczyna się od dwóch urządzeń


Przez długi czas wydawało mi się, że jedna czujka wystarczy. Szybko jednak zrozumiałam, że dym i tlenek węgla (czad) to dwa zupełnie różne zagrożenia, dlatego wymagają dwóch różnych urządzeń.

Czujka dymu reaguje na pojawiający się dym, który może świadczyć o rozwijającym się pożarze. Z kolei czujnik czadu wykrywa tlenek węgla – gaz niewidoczny, bezwonny i wyjątkowo niebezpieczny dla zdrowia oraz życia. Nie da się go zauważyć ani wyczuć, dlatego odpowiedni detektor jest jedynym skutecznym sposobem jego wykrycia. Właśnie dlatego zestaw Dual Pack daje mi poczucie lepszego zabezpieczenia całego domu.




Dlaczego wybrałam zestaw zamiast pojedynczego urządzenia?


Najbardziej przekonała mnie wygoda. Kupując gotowy zestaw, wiem, że otrzymuję dwa urządzenia, które wzajemnie się uzupełniają i pomagają chronić dom przed najczęściej występującymi zagrożeniami.

Doceniam również to, że oba te urządzenia są zasilane na baterie. Dzięki temu można zamontować je dokładnie tam, gdzie są najbardziej potrzebne, bez prowadzenia przewodów czy wykonywania dodatkowych instalacji. Co ważne, działają nawet podczas awarii zasilania.


Dodatkowe funkcje, które mają znaczenie...


Lubię rozwiązania, które są praktyczne, dlatego zwróciłam uwagę na kilka funkcji, które ułatwiają codzienne użytkowanie. 

Czujka dymu została wyposażona w przycisk TEST & HUSH™, dzięki któremu mogę łatwo sprawdzić jej działanie, a także wyciszyć alarm, jeśli uruchomi się przypadkowo. To drobiazg, który robi różnicę w codziennym życiu.

Czujnik czadu natomiast posiada funkcję pamięci alarmów. Jeśli podczas mojej nieobecności wykryje niebezpieczne stężenie tlenku węgla, zapisze tę informację. To dodatkowa kontrola, która daje jeszcze większy spokój.

Oba urządzenia wyposażono również w głośny alarm oraz sygnalizację świetlną, dzięki czemu ostrzegają nas odpowiednio wcześnie i zagrożeniu.




Długie okres działania


Jednym z powodów, dla których zdecydowałam się na ten zestaw, jest jego trwałość. Zarówno czujka dymu, jak i czujnik czadu zostały zaprojektowane z myślą o 10-letnim okresie użytkowania. Dodatkowo czujnik czadu działa na komplecie baterii nawet przez co najmniej trzy lata, a oba urządzenia będą przypominać o zakończeniu okresu eksploatacji. Dzięki temu nie muszę pamiętać kiedy je wymienić.


Certyfikaty, które dają jeszcze większe zaufanie


Przy wyborze urządzeń zabezpieczających nie kieruję się ceną. Zwracam uwagę na jakość wykonania oraz potwierdzenie, że sprzęt spełnia obowiązujące normy. Dużym atutem zestawu Dual Pack są certyfikaty potwierdzające zgodność z wymaganymi normami dla domowych czujników dymu i czadu. 


Gdzie najlepiej zamontować czujkę dymu i czujnik czadu?


Zanim zamontowałam urządzenia, sprawdziłam zalecane miejsca do ich instalacji. Czujkę dymu warto umieścić między innymi w pobliżu sypialni, salonu czy na korytarzu. Natomiast czujnik czadu najlepiej sprawdza się tam, gdzie znajdują się urządzenia mogące emitować tlenek węgla, na przykład w kotłowni lub w pobliżu pieca. 


Mój patent na spokojniejszy sen


Dzisiaj wiem, że bezpieczeństwo to nie tylko zamknięte drzwi czy dobry alarm antywłamaniowy. To również ochrona przed zagrożeniami, których nie da się zobaczyć ani przewidzieć. Właśnie dlatego myślę, że prezentowany zestaw, który składa się z czujki dymu i czujnika czadu powinien znaleźć się w każdym domu. 

To stosunkowo niewielka inwestycja, a naprawdę dzięki niej można znacząco zwiększyć bezpieczeństwo swojej rodziny. Co więcej, świadomość, że dom jest chroniony zarówno przed pożarem, jak i przed czadem, gwarantuje większy spokój każdego dnia.

 Dla mnie to bardzo ważne, a dla Was? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie.


Pozdrawiam 😊 ♥️ 


(Współpraca reklamowa)

Test mokrej karmy Cure Code – moja opinia po pierwszych dniach stosowania u dwóch dużych psów

Test mokrej karmy Cure Code – moja opinia po pierwszych dniach stosowania u dwóch dużych psów

 


Witajcie!


Wybór odpowiedniej karmy dla psa to dla mnie jedna z ważniejszych decyzji. Mam dwa duże psy ważące około 25–30 kg. Jeden z nich jest już seniorem, dlatego zwracam szczególną uwagę nie tylko na smak, ale przede wszystkim na skład i to, jak karma wpływa na ich codzienne samopoczucie. Od niedawna wprowadziłam do ich diety mokre karmy funkcjonalne Cure Code Microbiome Care – dzik i jabłko oraz Cure Code Derma Care – kaczka i dynia. Dzisiaj chcę podzielić się swoimi pierwszymi spostrzeżeniami.


Dlaczego zdecydowałam się na Cure Code?




Od dawna szukałam karmy, która będzie czymś więcej niż zwykłym posiłkiem. Zależało mi na prostym składzie, wysokiej zawartości mięsa i recepturze, która wspiera zdrowie psów. Szczególnie senior potrzebuje większej troski o układ pokarmowy, a drugi pies ma skłonność do sezonowego pogorszenia kondycji sierści. Po przeanalizowaniu składu postanowiłam spróbować właśnie tych dwóch wariantów.


Cure Code Microbiome Care – wsparcie jelit


Najczęściej podaję moim psom wersję dzik i jabłko. W składzie znajduje się aż 84% dzika, jabłko, babka płesznik (psyllium), prebiotyki FOS i MOS oraz olej z łososia. To właśnie obecność prebiotyków i psyllium przekonała mnie do takiego wyboru. Wspierają one prawidłową pracę jelit oraz mikrobiom, co ma ogromne znaczenie szczególnie u starszych psów i tych z wrażliwym przewodem pokarmowym.


Po kilku tygodniach zauważyłam, że:

- psy bardzo chętnie zjadają karmę,

- trawienie wydaje się bardziej stabilne,

- odchody są dobrze uformowane,

- nie pojawiły się żadne problemy żołądkowe po zmianie karmy.


Oczywiście wiem, że każdy pies reaguje indywidualnie, ale u moich sprawdziła się naprawdę dobrze.


Cure Code Derma Care – dla skóry i sierści




Drugim wariantem jest kaczka i dynia. Tutaj producent postawił na wysoką zawartość kaczki, dynię oraz olej lniany i olej z łososia. To właśnie kwasy tłuszczowe oraz prosty skład zwróciły moją uwagę. Zależało mi na wsparciu skóry i sierści, szczególnie u starszego psa, u którego z wiekiem sierść nie jest już tak błyszcząca jak kiedyś.

Na razie obserwuję pierwsze efekty i mam wrażenie, że sierść jest bardziej miękka i wygląda zdrowiej. Na pełniejszą ocenę potrzeba oczywiście więcej czasu, ale pierwsze wrażenia są pozytywne.




Co najbardziej mi się podoba w obu karmach?


Największym plusem jest dla mnie przejrzysty skład. Nie znajdziemy tutaj zbóż, sztucznych barwników ani konserwantów. Karma bazuje na mięsie oraz dodatkach, które mają konkretne zastosowanie żywieniowe.


Doceniam również:

- wysoką zawartość mięsa,

- funkcjonalne receptury,

- smak (psy jedzą z apetytem),

- wygodne puszki o wadze 400 g,

- możliwość dopasowania wariantu do aktualnych potrzeb psa.


Jak wygląda karmienie takich dużych psów?


Przy 2 psach ważących około 25–30 kg zapotrzebowanie na mokrą karmę jest spore, dlatego traktuję ją najczęściej jako pełnoporcjowy posiłek lub urozmaicenie diety. Producent podaje orientacyjne dawkowanie, ale zawsze dopasowuję ilość do aktywności, wieku i kondycji moich psów. Senior dostaje nieco mniejsze porcje rozłożone na kilka posiłków, dzięki czemu lepiej je trawi.




Moja opinia


Nie lubię polecać produktów po jednym dniu testów, dlatego najpierw sama sprawdziłam karmę w praktyce. Po kilku posiłkach mogę powiedzieć, że Cure Code zrobiła na mnie dobre wrażenie.

Moje psy jedzą ją z apetytem, dobrze ją tolerują, a ja mam poczucie, że podaję im produkt z przemyślanym składem. Szczególnie podoba mi się kierunek funkcjonalnego żywienia – wsparcie jelit i mikrobiomu z jednej strony oraz skóry i sierści z drugiej.

Jeśli także szukacie mokrej karmy dla dużego psa lub psa seniora i zależy Wam na prostym składzie oraz wysokiej jakości składnikach, warto zwrócić uwagę na te dwa warianty.


Pozdrawiam 😊 ♥️ 


(Współpraca reklamowa)

Copyright © 2014 BLOG TESTERSKI , Blogger